Danuta Vis czyli Danuta Wiśniewska.
Kochająca sztukę od wczesnych latach młodości bydgoszczanka odłożyła marzenie o malowaniu na wiele lat, żeby wrócić do niego dopiero na emeryturze. Jej malarstwo to spełnienie pragnień tłumionych przez lata, ujście emocji przelanych na płótno. Każdy jej obraz posiada niesamowitą energię, która ożywi życie każdego, kto wejdzie w jego posiadanie.
Sama opowiada swoją historię tak:
Dziś młodzi ludzie kiedy idą na studia stają przed wyborem. Gdy ja byłam młoda wybór stawiano. Dla dobra, błędnie wówczas nazywanego moim, zadecydowano za mnie o wyborze „szkoły doskonałej”. Czas dojrzewania, największej kreatywności i kształtowania osobowości spędziłam w Technikum Spożywczym jako przyszły Specjalista Ds. Przetwórstwa Warzyw i Owoców. Marzenia o malarstwie musiałam odłożyć na bok. Zamiast przelewać na płótno młodzieńcze wariacje kisiłam kapustę, sprawdzałam kwaśność pomidorowego przecieru i zawartość cukru w cukrze. Fakt, do dziś moje ogórki kiszone są wyśmienite ale nie sądzę, że to zasługa dyplomu. Nie muszę chyba dodawać, że po ukończeniu szkoły nie praktykowałam już nigdy swojego zawodu. Do dziś zastanawiam czy to kwestia patriarchalnego społeczeństwa czy uporu, jednakże mojemu bratu przyzwolono zostać grawerem i metaloplastykiem. Niemniej jednak środowiska artystyczne kojarzone były z brakiem stabilizacji, biedą, mizerią i używkami. Praca w sztuce miała nie zapewnić żadnej przyszłości.
Do dziś żałuję bardzo, że przegrałam tą walkę i nie mogę pochwalić się ukończeniem studiów artystycznych, ale postanowiłam znaleźć w tym źródło motywacji i pokazać, że sztuka nie potrzebuje dyplomu.
Artystyczną duszę nie łatwo jest uśpić i zawsze znajdzie ona swoje ujście. Od wczesnoszkolnych lat Filharmonia Pomorska, Opera czy Teatr były dla mnie drugim domem, miejscem ucieczki ze sztampowego świata do krainy fantazji i wolności. Kiedy nie starczało pieniędzy na bilet, skradałam się pod okna Teatru Kameralnego i podglądałam próby tamtejszej grupy baletowej. Później jako dorastająca dziewczyna obracałam się w towarzystwie młodych, zdolnych ludzi, wówczas początkujących, dziś znanych fotografików, plastyków i poetów. Inspirowali mnie. Zazdrościłam im wsparcia ze strony bliskich i możliwości finansowych, których ja nigdy nie posiadałam. Miałam za to ogromne szczęście poznając najbardziej bratnią mi duszę – Krzysztofa. Też był niespełnionym artystą, którego marzenia o szkole plastycznej zostały pogrzebane gdzieś pod ciężarem otaczającej, trudnej rzeczywistości. Połączyliśmy się w nierozłącznym, trwającym po dziś dzień małżeństwie. Przetrwaliśmy stan wojenny, komunę. Zawsze byliśmy kontrowersyjni. Niejednokrotnie szliśmy pod prąd, co objawiało się w różnych dziedzinach życia. Marzyliśmy o zdrowym dziecku, własnym biznesie i M4. Te marzenia spełniliśmy, choć nie było łatwo. Potrzebę bliskości ze sztuką realizowaliśmy robiąc własną biżuterię, rękodzieło artystyczne, w projektowaniu wnętrz, florystyce, modzie. Stworzyliśmy razem wiele wspólnych dzieł. Bezcennych.
Pędzel i farba nie znają konkurencji. Historia zatoczyła koło, a ja z nią. Z szóstką z przodu, lecz w głowie ciągle młoda, zaczęłam malować.
Mogę dziś wreszcie stanąć vis a vis siebie samej i powiedzieć – To ja, maluję.
Obraz to dla mnie wielowymiarowe, uniwersalne podłoże do wyrażania emocji.
Podczas malowania raz towarzyszą mi splątane myśli, raz lekkie jak piórko przelotne przemyślenia.
Kreska może być cienka jak linia życia, albo gruba i mocna jak najtrudniejsze życiowe decyzje.
Plama może być porażką, albo rozkwitem.
Wszystko zależy od interpretacji odbiorcy, a mój obraz na nią pozwala.
Kluczowe są dla mnie trzy elementy: KOLOR, WYMIAR I HISTORIA.

Ludzie szukają komfortu i poczucia bezpieczeństwa w różnych obszarach, również w kolorach. Minimalizm kolorystyczny w wyglądzie własnym ale również w aranżacji wnętrz nie angażuje atencji, nie wyróżnia się, rzadko wywołuje krytykę, jest tłem. Faktycznie może dawać poczucie odpoczynku bo nasz mózg „nie reaguje” na biel, czerń, beż, szarość, granat. Takie kolory szufladkują się same jako schludne, formalne, niezobowiązujące. Poruszenie wywołują dopiero barwy żywe jak czerwień, zieleń, żółć, pomarańcz. To one przypisywane są najsilniejszym emocjom i żywiołom. Pozbywanie się z życia kolorów skazuje nas na pewnego rodzaju emocjonalną ascezę. Bezpieczeństwo wcale nie równa się z bladością. Nie znaczy to, że od razu trzeba stać się kolorowym ptakiem, żeby móc posiadać kolorowe obrazy. Czasami małe wariactwo wystarczy, żeby wyrównać szalę i odzyskać balans. Kolory nie są zarezerwowane tylko dla rewolucjonistów, a abstrakcje dla artystycznych wariatów. Abstrakcja może służyć każdemu, niezależnie od wieku, statusu, zawodu i jest rodzajem terapii.
Na początku wymaga obrony we własnej głowie. Następnie uczy bronić gustu, albo odwrotnie – niezwracania uwagi na to „co ludzie powiedzą”. To najpotężniejszy schemat, który zniszczył wiele żyć, którego antagonistą jest kreatywność, ekspresja i właśnie abstrakcja. Kupując abstrakcję wprowadzamy do swojego otoczenia również energię i odwagę malarza, który powyższe schematy już przepracował. Żeby umiejętnie wprowadzić abstrakcję taką jak moja, czyli pełną koloru, nie powinno się zadawać pytania: czy pasuje do mieszkania, tylko czy coś dla nas reprezentuje i czy jej kolory odpowiadają nastrojowi, który najbardziej chcemy pielęgnować. Dlatego nie maluję już na zamówienie. Nie dopasowuje obrazów do odbiorcy. Zakup obrazu to czynność bardzo intymna i każdy powinien dokonać jej we własnej głowie kiedy widzi konkretne dzieło. Na koniec istnieje również prozaiczne ryzyko, że z obrazem możemy się po prostu zżyć więc warto by był dopasowany do nas, a nie do naszego otoczenia.

Wymiar to nie tylko rozmiar, ale też przestrzenność którą staram się nadać moim pracom. Pragnę, by zatrzymywały uwagę na dłużej i pozwalały się poznać, przy każdym, kolejnym spotkaniu coraz bardziej. Moje abstrakcje powoli odsłaniają swoje charaktery i mogą zmieniać swój wygląd w zależności od stanu ich odbiorcy. Żeby uzyskać tę głębię i wywołać możliwość wejścia z obrazem w dłuższą znajomość stosuję warstwowość, różnicę w wielkości elementów oraz planowość kolorów. Pierwszy kontakt z obrazem zazwyczaj następuje z daleka. Wtedy odbiorca ma dostrzec kompozycję barw, które leżąc obok siebie emanują konkretnym nastrojem. Następna w oczy rzuca się geometria, którą stosuję celowo dla nadania pewnego ładu. Dzięki niej obraz umieszczony we wnętrzu angażuje odbiorcę emocjonalnie dopiero kiedy podejdzie on bliżej. W oddali, jako element całości, obraz może być po prostu dobrą dekoracją.
Przy zbliżeniu ukazuje się faktura obrazu i jego energia wyrażona w czasie. Jedne elementy są płynne, widać długie i cierpliwe pociągnięcia pędzla lub skrupulatne nanoszenie koloru. Inne są szybkie, nieprzewidywalne, nieokiełznane. Czasami można dostrzec też niebanalne, na pozór wyrwane z kontekstu kreski, plamy. Mają one pobudzić jeszcze większą ilość doznań i potrzebę interpretacji. Przy najbliższej obserwacji i dotyku odsłania się złożoność. Warstwy nałożone są jedna na drugą, czasem jest ich kilkanaście. Potrzeba czasu, wyschnięcia jednej by nałożyć kolejną. W wielu obrazach warstwy przenikają się, stara wychodzi spod nowej. Ten zabieg symbolizuje wspomnienia, doświadczenia, to jak buduje się osobowość ludzka i jak przeszłość oddziałuje na wizerunek teraźniejszy.
W zależności od potrzeby mój obraz można traktować ogólnikowo albo szczegółowo i w tym tkwi jego uniwersalność.

Historia obrazu dzieli się na dwa etapy. Pierwszy to jego własna historia, która zapisuje się w obrazie podczas jego powstawania.
Obrazy głównie maluję wiosną i latem. Moja pracownia zlokalizowana jest poza miastem. Mały domek otacza duży ogród, w sąsiedztwie rośnie las, ludzie pojawiają się rzadko, tylko miejscowi, gdy przemierzają ścieżki codziennego biegu życia. Przednia ściana pracowni skierowana jest na północ i właściwie cała zbudowana jest z okien. Wpada przez nie żywe światło, które naturalnie pobudza kolory do życia. Chcę je dosłownie zakląć w obrazie, żeby nigdy nie stracił świeżości. Uważam, że otoczenie w którym powstaje dzieło musi współgrać z przyszłym nastrojem obrazu i jego energią. Moje obrazy właściwie nigdy nie są smutne, nigdy nie maluję w zdenerwowaniu. Uczucia, które mi towarzyszą to miłość, pasja, radość, otwartość, wzruszenie, zaangażowanie, pewność siebie, odwaga. To ważne dla przyszłego posiadacza i chcę, żeby wiedział w jakiej atmosferze powstawał obraz i jaką ma własną historię.
Drugi etap to historia napisana wspólnie z nowym właścicielem. Ta zaczyna się romantycznie, od pierwszego spojrzenia. Obraz może odzwierciedlić aktualny stan, potrzebę tu i teraz albo wspomnienie. Nadając namacalny kształt emocjom może pomóc się z nimi uporać albo zachować je na dłużej. Wizja, którą właściciel ma patrząc na obraz ma zawsze związek z jego obecnym stanem emocjonalnym i zawsze ewoluuje z upływem czasu. To właśnie pisanie wspólnej historii. To ona nadaje obrazowi wartość niematerialną.
Skoro już wszystko wiecie zobaczcie moje obrazy.

